Od dawna moje serce należy do gier planszowych. Jedną z moich ulubionych mechanik jest deck building. Zatem kiedy słyszę, że użyto tej mechaniki w grze wideo, to lecę ją sprawdzić. Oto Deathless: The Hero Quest.

No dobra, do Deathless przyciągnęły mnie dwie rzeczy. Budowanie talii i osadzenie gry w świecie słowiańskiego folkloru. To przynajmniej na papierze wyglądało na ciekawe połączenie.
W Deathless naszym przeciwnikiem jest niejaki Koshey the Deathless. No dobra, jest bardzo oddalonym przeciwnikiem, bo zanim się z nim zmierzymy będziemy musieli przejść grę kilka razy różnymi postaciami (mamy ich cztery). Ale w końcu staniemy z nim oko w oko.

Jak już wspomniałem mamy tu do dyspozycji cztery postacie. Każda z nich ma inny styl rozgrywki. Każdy będzie miał dostęp do innych kart. Każdemu będziemy nieco inaczej budować talię, żeby osiągnąć swój cel.
No właśnie budowanie talii, karty i inne zabawki. Rozgrywka w Deathless, to ciąg walk z różnymi przeciwnikami. Raz jest ich mniej, raz więcej. Stoją sobie w rządku i czekają na zebranie cięgów, albo na to, żeby nam włomotać. My używamy do bicia przeciwników kart. Mamy karty ataku, umiejętności i karty Boon, które dają czasem ciekawe bonusy. Co rundę ciągniemy na rękę ze swojej talii określoną liczbę kart i możemy je zagrać. Każda karta kosztuje pewną liczbę punktów akcji (tych też mamy pewną pulę do wydania w każdej turze). Zagrywamy wszystko co możemy/chcemy, kończymy turę i do głosu dochodzą przeciwnicy. Co istotne nie zagrane karty spadają nam z ręki i wrócą kiedyś tam po przetasowaniu talii. Ot taki prosty system.

I muszę powiedzieć, że działa. Atakujemy, bronimy się, przesuwamy wrogów w szyku, żeby optymalnie zagrać nasze karty, albo uniemożliwić komuś zbyt mocny atak. Wrogowie potrafią zmienić swoje plany w zależności od tego czy i jak zmienimy im pozycję w szyku, co jest bardzo ciekawe. Nakładamy na wrogów różne stany, które ułatwią nam ataki, albo utrudnią ich działania, a czasem nawet spowodują, że sami zaatakują kolegów. Tu nawet zabicie wroga miewa większy wpływ na walkę niż może się wydawać. To nie tylko zmniejszenie liczy ataków skierowanych w nas o ten jeden. Ciała wrogów zostają na polu bitwy, więc może w ogóle zablokujemy ataki, które w nas by poszły. A może zgarniemy truchło, żeby broniło nas przed atakami jego kumpli. Możliwości jest sporo (oczywiście o ile mamy do tego karty).

No właśnie, karty. Zbieramy je jako nagrody z walk. Czasem możemy też jakieś wywalić z talii (co też jest ważne, bo chcemy szybciej i częściej dociągać te fajne karty, a nie początkowy chłam). Do tego co jakiś czas będziemy mogli ulepszyć karty. Ta mechanika z jednej strony jest fajna, ale z drugiej mam wrażenie, że ulepszenia są w większości słabe. Niby zadajemy więcej obrażeń, albo karta jest tańsza, ale nie czuję wagi takiego ulepszenia.

Sama podróż jest ciekawie rozwiązana. Za każdym „krokiem” dostajemy trzy miejsca do których możemy się udać z opisem fabularnym, oraz informacją o nagrodach i modyfikatorach. Każda ścieżka jest zawsze otwarta. Wybór jakiegoś kierunku, nie zamknie nam możliwości wyboru w kolejnym kroku. To miłe. Trzeba tylko zwracać uwagę na ikony tych miejscówek, żeby nie przegapić tych związanych z naszym zadaniem.

No właśnie. Zadanie. To w sumie gra „RPG” i ma jakąś fabułę. Tyle, że tej fabuły mogłoby nie być. Nie tylko tej ogólnej, ale i tej związanej z pomniejszymi zadaniami, które robimy w trakcie rozgrywek. Nawet rozmowy z NPCami, które dają nam czasem jakiś fajny wybór sprowadzają się de facto do wyboru tego co nam najbardziej pasuje jako bonus i to spośród elementów, do których mamy dostęp.
Graficznie i dźwiękowo nie ma zbyt wielu elementów, do których mogę się przyczepić. Podoba mi się stylistyka tego tytułu. Rysowane postacie, ciekawe projekty tychże (głównie potworów),ładne animacje, przyjemne dla oka tła. Dźwięk poprawny i nic więcej. Jedyne co mnie drażniło ma związek z faktem, że testowałem grę na Switchu. Mam OLEDa i używam go w zasadzie tylko w trybie handheld. Niestety niektóre informacje na ekranie są tu po prostu za małe i trudne do odczytania. Jakie bonusy i nagrody dostaniemy z danej lokacji, jakie stany są nałożone na moba i tak dalej. Samo przeskakiwanie między polami też nie jest najwygodniejsze momentami. Jasne, da się do tego przyzwyczaić, ale tęskniłem w takich momentach za starą dobrą myszką i machaniem kursorem.

Tak czy inaczej. Deathless: The Hero Quest to całkiem ciekawy i moim zdaniem udany tytuł. Jasne, nie jest to gra dla każdego, ale jeśli lubicie Zabawy w stylu Slay the Spire, czy Deep Sky Derelicts, to spróbujcie zagrać. Jest szansa, że się Wam spodoba.
